wtorek, 16 października 2012

Przenośne krzesełko


Totseat zamienia wszystkie krzesła w fotelik dziecięcy. To przenośne krzesełko nadaje się dla dzieci, które już samodzielnie siedzą.  Można z niego korzystać w domu, na spacerze lub podczas dalekich  wypraw. Można je złożyć i schować do torebki. Można prać w pralce.
Krzesełko Totseat jest najbardziej wszechstronnym produktem na rynku. Dopasowuje się do krzeseł z wysokimi i niskimi oparciami, z wystającymi elementami. Jest bardzo proste w użyciu. Wystarczy je nałożyć na oparcie krzesła, dostosować długość, mocno zapiąć, a dziecko będzie mogło bezpiecznie i stabilnie siedzieć.

Cena krzesełka: 135 zł.
www.gumowakaczuszka.pl

poniedziałek, 15 października 2012

Laboratorium botaniczne Zielona Fabryka

Zielona Fabryka


Laboratorium botaniczne Zielona Fabryka to zestaw do prowadzenia obserwacji dla małych badaczy przyrody. Instrukcja opisuje 14 eksperymentów. W zestawie znajdują się: drewniany stojaczek laboratoryjny z otworami na 3 pojemniki, 5 pojemniczków laboratoryjnych, 6 torfowych doniczek, 6 tabletek z ziemią – podłoży torfowych, 2 gąbki do kiełkowania nasion, woreczek z 8 różnymi gatunkami roślin, mała lupa, łopatka, linijka, pęseta, kroplomierz, podpórki dla roślinek, 4 karty identyfikacyjne dla posadzonych roślin, 3 arkusze z kartami do zapisywania obserwacji, książeczka (w 6 językach) z propozycjami eksperymentów. Cena fabryki to: 92,00 zł.
Pikinini.pl

środa, 10 października 2012

Żegnaj, Kopciszku



Kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko, owładnięta pasją kupowania zabawek (jemu? sobie?) szukałam przed mikołajkami figurki rycerza na koniu. Wśród dziesiątek dziarskich junaków, których zobaczyłam na półce, były też dwie księżniczki. Dwie bidulki, które czekały na półce, aż ktoś je zechce. Jedna stała w białej sukni, z opuszczoną głową i różą w ręce. Druga zapraszała z uśmiechem do tańca – wyeksponowana, różowa i bufiasta. „I to wszystko?”, dziwiłam się. A gdzie jest wojownicza księżniczka, taka z mieczem i w ogóle? Dziesięć lat temu, kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko, nie znalazłam żadnej. Teraz jest za to ich pełno, bez problemu kupuję córce uzbrojoną elficę na koniu. A z plakatu obok zaprasza do kin Merida Waleczna. „Oj, coś się zmieniło”, cieszę się.

Życie jak w bajce
Przyjrzyjmy się: jakie figurki odlewa się ostatnio z plastiku w chińskich fabrykach i w jakie atrybuty scenarzyści wyposażają postacie kobiece? Wiele to mówi o nas i współczesnej kulturze. Zabawki i filmy oddają wartości, którymi chcemy nasączyć nasze dzieci, żeby wyrosły na ludzi pasujących do społeczeństwa. Dzisiejsze filmy animowane pełnią funkcję baśni. Ich bohaterowie mówią pomagają nam ustalić, kim jesteśmy i czego oczekujemy od innych.
Baśniowe wątki przedarły się do filmów animowanych i kreskówek, pobudzają wyobraźnię projektantów zabawek. Filmy i zabawki można uznać za ekspresję Jungowskiej zbiorowej nieświadomości – pokazują nam archetypy, wzorce zachowania. Bruno Bettelheim doceniłby terapeutyczne znaczenie animacji i ich wartość metaforyczną. Kinowe , doprawione magią i D, mówią dziecku: „Tak się zachowują dziewczynki, a tak – chłopcy! Ty możesz płakać, a ty nie. Ty na różowo i czekasz z wdziękiem, ty na niebiesko i pędzisz!”. Filmy dla dzieci są  niezwykle skutecznymi przekaźnikami wzorców, bo nie prawią morałów i nie nakazują niczego wprost. A to, co zostało zasugerowane, co zdołamy sobie sami dopowiedzieć, zwerbalizować i uzupełnić, działa na naszą wyobraźnię i pamięć wiele silniej niż treści podane metodą „kawa na ławę”. Na tym polegała magia tradycyjnych baśni podobnie oddziałują współczesne filmowe. Zaspokajają potrzeby dziecka, opowiadając mu historię o tym, jakie może być, jakim mu być nie wolno i jak sobie poradzić z tym, kim się jest.
Historie pełnią też funkcję modelującą: zalecenia typu „umyj zęby” dzieci z radosnym piskiem odrzucają, posłuszne zjawisku reaktancji, natomiast jeśli wszystkie małe supermisie w bajce myją zęby, to szczoteczki idą w ruch, bo fajnie też tak robić, jak robią supermisie.
Zabieram córkę do kina świadoma tego, że wycieczka do kina na „Zaplątanych” lub „Meridę Waleczną” jest w gruncie rzeczy lekcją wychowawczą, co do której mogę być pewna, że czterolatka ją przyswoi i zapamięta. Na co mogę liczyć? Co się właściwie zmieniło we wzorach postaci kobiecych od czasu, gdy babcia opowiadała mi „Czerwonego Kapturka”?

Z mieczem, bez ścierki
Pierwsze, co widzimy, to całkiem nowy rodzaj bohaterki, który z grubsza można by określić mianem: wyemancypowana księżniczka. W typologiach bajek magicznych i baśni na początku XX wieku wyróżniano takie typy kobiece, jak: zdobywana narzeczona, mądra dziewica, zaklęta królewna i niewierna żona. Pojawiała się jeszcze Baba Jaga lub inna wróżka, dobra albo zła – ale nie jako bohaterka, tylko jako pomocniczka albo przeszkoda. Tymczasem teraz w kinie spotykam Meridę Waleczną, która kroi jabłka mieczem, jeździ konno, nie słucha mamy, nie chce wyjść za mąż i nie lubi prac domowych. Jak interpretować taką postać?
W baśniach dzieciństwa bohaterki musiały być pracowite. Kopciuszek wybierał bez skargi mak z popiołu i mył naczynia za głupie siostry, dzięki czemu w końcu wszyscy go polubili. Czerwony Kapturek zaliczył złą przygodę z wilkiem, bo skusił się na lenistwo w trawie i zrywanie kwiatków, zamiast grzecznie dźwigać koszyczek babci. Bajki tego typu niosły przekaz: dobra dziewczyna to ta, która sprząta, gotuje, niańczy, pracuje. W ten sposób robiono pranie mózgu kobietom sprzed ery partnerskiego podziału obowiązków domowych: „Dziewczynko, twoim przeznaczeniem jest praca, trud i cierpienie – nie buntuj się, bo zje cię wilk”.
Tę pracowitość Kopciuszka, wykpioną przez feminizm, można też jednak rozumieć inaczej. W „Biegnącej z wilkami” Clarissa Pinkola Estés analizuje baśń podobną do Kopciuszka, o dziewczynce osieroconej przez matkę, wykorzystywanej do ciężkich robót przez macochę i dwie siostry, wysłanej do lasu do Baby Jagi po ogień. Dziewczynka pracuje tam ciężko, sprząta, gotuje, oddziela mak od popiołu. Pomaga jej w tym mała laleczka, podarunek od matki. W końcu dziewczynka wraca do domu od Baby Jagi i przynosi ogień, który spala złą macochę i jej córy. Estés interpretuje baśń jako przekaz: „Żeby dojrzeć i dorosnąć, musisz oderwać się od matki i zaufać sobie, swojej pracy, swojej intuicji, mówiącej ci, jak robić różne rzeczy. Poradzisz sobie!”.
Można tak rozumieć również wątki związane z pracą, pojawiające się w innych baśniach. W „Oślej skórce” królewna ucieka z domu, znajduje pracę i robi karierę „od posługaczki do królowej”, a Królewna Śnieżka przestaje wreszcie obijać się w pałacu u macochy, wyrusza w świat i uczy się pracować na rzecz innych, sprząta Krasnoludkom. Praca jest tu częścią drogi bohatera, który odrywa się od maminego cycka (niekoniecznie z własnej woli) i szuka swojej nowej tożsamości. Co na to Merida Waleczna? Nie umie piec ciastek ani zamiatać. Podobnie jak Mulan, nie umiałaby nawet nalać herbaty bez rozlewania. Za to obydwie świetnie walczą – przejęły pracę mężczyzn.

Bestia bez obrączki
Zmieniło się też podejście do seksu. Dawna bohaterka baśni była bierna, skromna, posłuszna i wycofana seksualnie. Jej marzeniem i spełnieniem było małżeństwo, do którego często dochodziło bez jej starań, po prostu siłą rzeczy, w nagrodę za dobre (patrz: posłuszne, pracowite, skromne, bierne) zachowanie. Jednak bohaterki nie mogły otwarcie marzyć o małżeństwie ani do niego dążyć – Roszpunka, Śpiąca Królewna, Kopciuszek czy Piękna nie ośmielały się same aktywnie poszukiwać męża, raczej godziły się na swój los lub były zdobywane. Inne zachowanie źle by o nich świadczyło. Gdy Czerwony Kapturek zapomina się i rozmawia z wilkiem, Bettelheim interpretuje to jako dziewczęcą próbę rozpoznania własnej płciowości. Czerwony Kapturek zostaje ukarany za ciekawość, aktywność i podtrzymywanie relacji z wilkiem – zostaje pożarty.
Podsumowując, w sprawach miłości i seksu kobiecym postaciom zalecana jest aktywność, zamiast przebierania maku w kącie. Należy odnaleźć siebie, przy okazji można (niekoniecznie trzeba) znaleźć miłość. Ślub? Poczekajmy z tym! I zauważmy, że są to zalecenia kierowane dawniej w tradycyjnych baśniach do męskich bohaterów – głupich Jasiów, królewiczów i innych nieboraków. Dziś księżniczki przejęły ich cele.

Politycznie świadome

Na koniec jeszcze jedna różnica: dawniej w baśniach celem było dobro (czyli małżeństwo) uzyskane przez samą tylko główną bohaterkę. Dziś Merida, Mulan, Amidala, minimkowa Selena i inne bohaterki osiągają cel (tożsamość, wolność, miłość) pod warunkiem, że jednocześnie troszczą się też o dobro ogółu. Merida poskramia swoją niezależność dla dobra Szkocji, Mulan szczęśliwie udaje się pogodzić zamiłowanie do niezależności z ożenkiem ratującym honor rodziny, a Fiona, wychodząc za Shreka, jednocześnie ratuje krainę przed kryzysem. Księżniczki mają nie tylko osobisty cel – walczą też często o jakąś sprawę, ratując miasto, kraj czy planetę. Ich działanie przechodzi ze sfery prywatnej (tradycyjnie kobiecej) do publicznej (tradycyjnie męskiej).
Wiele wątków wskazuje na to, że księżniczki zmężniały. Przestały nosić się na różowo. Władają mieczem, strzelają z łuku albo znają kung-fu. I wreszcie: polubiły się z bestiami niekoniecznie w celach matrymonialnych – same odnajdują w sobie dziki, nieujarzmiony pierwiastek natury. To dlatego Fiony pilnuje smoczyca, a mama Meridy zmienia się w niedźwiedzicę. Wzór kobiecej postaci lansowanej dziś w kreskówkach można by nakreślić tak: „Dobra dziewczynka to taka, która zachowuje się jak rycerz”. I zgodnie z tym, w sklepach zabawkami cieszy oko wybór wojowniczych księżniczek.
Jest i druga strona medalu: dla równowagi, niektórzy męscy bohaterowie kreskówek nauczyli się troszczyć o innych i gotować (Shrek gotuje i przewija dzieci). Czy to koniec ewolucji? Nie sądzę. Podczas ostatniego przeglądu w sklepie z zabawkami znalazłam figurkę kobiety-elfa jadącej konno i trzymającej u piersi niemowlę. Nie natknęłam się jeszcze na figurkę rycerza uczącego synka strzelać z łuku, ale nie tracę nadziei. Archetypy nam się mielą, będzie jeszcze wesoło, dlatego z ciekawością wypatruję, co nowego w kinach dla dzieci.

Katarzyna Wasilewska

poniedziałek, 8 października 2012

O różnych obliczach miłości macierzyńskiej


Konrad Lorenz, australijski etolog, laureat Nagrody Nobla, który badał zachowania zwierząt, odkrył, że kaczki i gęsi podążają za pierwszym przedmiotem, który porusza się przed ich oczami w ciągu kilku pierwszych dni ich życia. Pisklę zapamiętuje dany przedmiot i później nie odpuszcza go na krok. Ten proces, który Lorenz nazwał „wdrukowaniem”, dotyczy nie tylko zwierząt, ale opisuje także mechanizm przywiązywania się dzieci. W ciągu pierwszych trzech miesięcy życia kształtują się podwaliny więzi między nim i rodzicami, którą trudno potem zerwać. Więź dziecka z matką jest więc czymś naturalnym, biologicznym, pojawia się od początku istnienia. My, matki, kochamy swoje dzieci już wtedy, gdy jest ono maleńkim ziarenkiem, jeszcze mocniej, gdy słyszymy jego bicie serca, a potem widzimy na monitorze. Kiedy się rodzi, jesteśmy w pełni gotowe, by je kochać.
Jednak nie zawsze. Trudno nawet wyobrazić sobie uczucia, które towarzyszą kobiecie, kiedy zdaje sobie sprawę, że nie jest pewna, czy kocha swoje dziecko. Nie może o tym nikomu powiedzieć, bo przecież nie ma gorszej matki niż ta, która nie kocha. Nie może nawet szukać wsparcia u partnera, bo jaką okaże się w jego oczach kobietą? Zostaje sama, z poczuciem winy i lękiem.
Czasami przyczyna jest prosta. Same były niekochane. Albo miłość rodzica była naprzemienne z krzywdą lub odrzuceniem. Albo tysiąc innych powodów, które tworzą z nich „emocjonalne kaleki”. Smutny, ale prawdziwy obraz tej niewyidealizowanej, trudnej miłości i znajdziecie Państwo w tekście Kasi Troszczyńskiej „Nie kocham swojego dziecka”. Z drugiej strony piękną postawę bezwarunkowej miłości matki do dziecka, które okazuje się gejem, odnajdziecie w rozmowie Michała Pozdała z Alicją, mamą Alka. Na pytanie, co pomogło jej zaakceptować jego orientację seksualną, odpowiada: „Nie musiałam niczego specjalnie akceptować. To było wkomponowane w bycie jego mamą”.
Spotykam na swojej drodze bardzo różne matki. Te odważne, świadome, pewne siebie. I te słabsze, przerażone, bezradne. Wszystkie one chcą najpiękniej jak można kochać swoje dzieci. Czasami jednak bez pracy nad sobą, bez ujarzmienia swoich demonów z przeszłości, jest to zwyczajnie niemożliwe.


Małgorzata Ohme,
redaktor naczelna magazynu Gaga

piątek, 28 września 2012

Umeblują pokój dla podopiecznych rzeszowskiego hospicjum!

http://www.facebook.com/GagaMagazyn/posts/363605343722112
Dwaj podopieczni hospicjum dla dzieci będą mieli pięknie umeblowany i odnowiony pokój. Meble przekaże marka Baggi Design. Wystarczy kilka sekund - wejdź na Facebook i zostań fanem akcji!

Chcesz pomóc dzieciakom a nie masz na to czasu lub możliwości finansowych? Przyłącz się do akcji profilu Baggi Design! Czeka na Ciebie Podkarpackie Hospicjum dla Dzieci, które codziennie zajmuje się domową opieką nad nieuleczalnie chorymi dziećmi. Chory maluch przebywa z rodzicami we własnym domu, a pracownicy hospicjum przyjeżdżają na wizyty. Facebook`owa akcja umeblowania miejsc ważnych dla chorych dzieci, w której bierze udział coraz więcej chętnych do pomocy Polaków, to dopiero początek góry lodowej. Pochodząca z Podkarpacia marka mebli dla dzieci i młodzieży BAGGI Design postanowiła pomóc dwóm z jego podopiecznych. Wspólnie z partnerami, przy wsparciu aktora Rafała Cieszyńskiego, jego żony Alżbety Lenskiej oraz internautów, odnowią ich pokój!

Bartek ma 14 lat i cierpi na dziecięce porażenie mózgowe. Ma pięcioro rodzeństwa. Jego najmłodszy brat, roczny Sylwek, prawdopodobnie cierpi na tę samą chorobę co Bartek. Mama opiekuje się dziećmi, tata pracuje. Mama musi codziennie rano przenosić chłopców z pokoju na górze do pokoju na dół, a wieczorem zanosi ich do spania na górę. Teraz chłopcy będą mieć pokój na dole. Będzie tak urządzony, żeby w ciągu dnia mogły korzystać z niego wszystkie dzieci.

Fundacja Podkarpackie Hospicjum dla Dzieci to wyjątkowy punkt na mapie Podkarpacia, zarówno ze względu na swój dobroczynny i bezinteresowny charakter, jak i wyjątkową w skali całego kraju działalność. Cieszymy się tak dużym oddźwiękiem, chęcią pomocy i deklaracją przyłączenia się do akcji - deklaruje Teodor Trawka, dyrektor ds. marketingu i sprzedaży w firmie Globinit Development Sp. z o.o.

Niedawno firma umeblowała pokój dziewczynce chorej na białaczkę. Teraz urządzi pokój Bartkowi i Sylwkowi. Meble zostały wspólnie wybrane przez dzieci i rodziców. Zanim zostaną wstawione, pokój będzie wyremontowany.

Akcja prężnie rozwija się na portalu społecznościowym Facebook, warto polubić profil www.facebook.com/BaggiDesign, by zebrać 3000 fanów i być na bieżąco z postępami prac .Tworząc fanpage "Baggi Design" przedstawiciele firmy chcą zaktywizować internetową społeczność. Im więcej osób dowie się o  działalności hospicjum, tym sprawniej i szybciej będzie można pomóc wszystkim podopiecznym. Fanów przybywa z dnia na dzień, do akcji włączyło się już szereg ogólnopolskich i regionalnych mediów.
Akcję wspierają znani aktorzy młodego pokolenia Alżbeta Lenska i Rafał Cieszyński. - Wspieranie akcji tego typu to nie tylko kwestia dobrych chęci, ale i jeden z podstawowych ludzkich obowiązków. Czujemy się wyróżnieni, że możemy być częścią tak szlachetnego przedsięwzięcia. Mocno wierzymy, że w domowej atmosferze Bartek i Sylwek dadzą radę zwalczyć chorobę - mówią aktorzy. Gdy pokój będzie gotowy, przyjadą w odwiedziny do chłopców.
Fundacja Podkarpackie Hospicjum dla Dzieci prowadzi jedyne w Polsce stacjonarne hospicjum dla dzieci. - Każdy może nam pomóc. Na naszej stronie internetowej www.hospicjum-podkarpackie.pl można przeczytać o tym, co robimy, i wspomóc nas odpisem 1 proc. podatku - wyjaśnia Rafał Ciupiński, prezes fundacji. Fundacja opiekuje się nie tylko chorymi dziećmi, ale także ich rodzinami. Wiele z nich potrzebuje nie tylko psychicznego wsparcia, ale konkretnej, finansowej pomocy. Odnowiony pokój pomoże dzieciom i rodzicom zaadoptować się do nowej, trudnej sytuacji. Pomożecie?



wtorek, 25 września 2012

Gaga pyta


A jak powstaje tęcza? - spytała Felicja, rysując na niebie łuk. - I z czego jest? Można jej dotknąć?
  To trudne pytanie – powiedziała mama. - Tęcza  zbudowana jest z...deszczu...
- Nie, zwyczajnego deszczu - odpowiedziała mama. - Ale żeby powstała, to oprócz deszczu co jeszcze musi być?
- Słońce!
- Tak i w dodatku musi oświetlać krople deszczu pod odpowiednim kątem. Wtedy każda rozszczepia światło, a że kropel są miliony, widzimy tęczę.
- Co to znaczy: „rozszczepia światło”?
- Poczekaj, bo to bardzo trudne pytanie. Najpierw musimy powiedzieć, co to światło i z czego jest zbudowane.
- Pewnie z atomów, zgadłam? - wykrzyknęła radośnie córeczka, przypominając sobie  wcześniejszą rozmowę.
- Aaa, widzisz, tym razem nie -  uśmiechnęła się mama.- Atomy są malutkie, ale jednak mają masę, czyli coś ważą. I dlatego wszystko, co jest z nich zbudowane, także coś waży. I ty, i ja, i kubek. Nawet powietrze, choć tego nie czujesz. A światło jest zbudowane z fotonów, takich cząsteczek, które nic a nic nie ważą. Dlatego światło też nic nie waży.
- Ale skąd wiadomo, że powietrze waży, a światło nie? - przerwała Fela.
- Uwierzysz mi, jak powiem, że dorośli już zważyli światło i powietrze? - spytała mama.
-  Dobrze. Spróbuję. Na przykład wiatr to ruch cząsteczek powietrza. Wiatr może przesunąć gazetę albo klocek, bo cząsteczki, które budują powietrze, mają masę. I im szybciej się ruszają, tym silniejszy jest wiatr i tym więcej może przesunąć. A światło tego nie może.  Niezależnie od tego, jak mocnym światłem będziesz świecić na gazetę lub klocek – ono ich nie przesunie. Nawet w najcieplejszy dzień, kiedy Słońce mocno świeci. Rozumiesz?
-  Teraz tak - uśmiechnęła się Fela.
-  Uff - odetchnęła mama. - No więc światło składa się z cząsteczek bez masy. Jakbyś mogła zobaczyć pojedyncze fotony, które wypuszcza do nas Słońce, to one miałyby różne kolory. Wszystkie razem tworzą światło białe - to światło, którym świeci Słońce. Są  takie rzeczy, materiały, które rozpraszają białe światło, czyli dzielą je na kolory. Takim rozpraszaczem może być kryształ albo kropelki wody. Kiedy światło pada na nie pod odpowiednim kątem, fotony różnych kolorów rozdzielają się i wychodzą na zewnątrz uporządkowane, to znaczy zawsze w tej samej kolejności. Każda tęcza, i w Polsce, i na drugim końcu świata, zawsze ma na górze kolor czerwony, potem pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, indygo, a na dole fioletowy. - Czemu jesteś smutna, Felusiu? - spytała mama.
- Bo tęcza to zwykły deszcz i nie można jej dotknąć - odpowiedziała córka.
-  Słuchaj, możemy poszukać jakiegoś kryształu - zaproponowała mama -  I spróbować tak go ustawić do  Słońca, żeby mieć tęczę w domu.
-  Hura! - ucieszyła się Fela. - Powiem koleżankom, że mam swoją tęczę! I to bez deszczu!

tekst: Marta Kijeńska
rysunek: Ewelina Skowrońska

poniedziałek, 24 września 2012

Rodzić po cesarsku

 Cesarskim cięciem powinno kończyć się tylko 10–15 procent wszystkich porodów – takie są zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Na cesarkę z roku na rok decyduje się coraz więcej kobiet i już co trzecie dziecko na świecie rodzi się w ten sposób.
 Więcej we wrześniowym magazynie Gaga

W ostatnich latach nastała moda na cesarskie cięcie, bo – według niektórych – poród naturalny jest zbyt „naturalny”. Pojawiło się nawet określenie „too posh to push”, czyli: „jestem zbyt elegancka, by przeć”. Amerykańskie gwiazdy propagują cesarkę jako bezbolesny, szybki i wygodny sposób rodzenia dzieci, eliminujący kilka, czasem kilkanaście godzin wysiłku. Istnieje błędne przekonanie wśród przyszłych mam, że cesarskie cięcie zapewni poród bez bólu. I choć jest w tym trochę prawdy, bo sam poród odbywa się ze znieczuleniem miejscowym lub ogólnym i kobieta nie odczuwa skurczów macicy, to jednak po porodzie, gdy znieczulenie przestaje działać, ból się pojawia. Są także kobiety, które traktują rodzenie jak zadanie do wykonania. Cesarskie cięcie wydaje im się czymś możliwym do wpisania w grafik. Umawiasz się na konkretny dzień, wyjmują ci dziecko, chwilę później wracasz do innych zajęć. 

Z medycznego punktu widzenia cesarskie cięcie jest zabiegiem chirurgicznym, który polega na rozcięciu powłok brzusznych oraz macicy i wyjęciu noworodka. Wykonywano go już w starożytnym Rzymie. Na szczęście, medycyna rozwija się bardzo dynamicznie i sposób przeprowadzania cesarki bardzo się zmienił. Przede wszystkim zmniejszył się wskaźnik umieralności kobiet – jeszcze pod koniec XIX wieku wynosił aż 60 procent. Dzisiaj, gdy zmieniła się technika cięcia i znieczulania, cesarskie cięcie jest błogosławieństwem dla kobiet, dla których poród naturalny jest niemożliwy. Dlatego nie powinno się demonizować cesarskiego cięcia, gdyż jako zabieg ze wskazań medycznych jest niezwykle ważny i potrzebny. Należy jednak zastanowić się nad rosnącą liczbą wykonywanych zabiegów. I czy cesarka na życzenie to dobry pomysł?